Kurnatowski, Ludwik Marian, Banda Rybaka vel Pietrzaka

  • Samochodowa banda Kłaka

    Samochodowa banda Kłaka

 

            Złodzieje tak zwani „nocni”, to męty wielce niebezpieczne i zuchwałe, W świecie przestępczym stanowią oni specjalną kategorię, a sfera ich „działalności” jest dosyć rozległa: kradzieże mieszkaniowe, czyli w złodziejskim żargonie „klawisz”, rabunek z pociągów towarowych i osobowych, wreszcie zuchwałe napaści na zabłąkanych w puste, a ciemne uliczki przechodniów, których uwalniają od brzemienia dóbr ziemskich w postaci futer i portfeli. W razie oporu masakrują swą ofiarę bez litości, a nierzadko mordują nawet. Również napady na mieszkania wchodzą w skład ich bogatego repertuaru.

            Kadry złodziei nocnych rekrutują się z ludzi prostych, najczęściej bez śladu jakiejś wrodzonej inteligencji, którzy za cel postawili sobie przy chronicznym wstręcie do pracy – użycie za wszelką cenę, jakkolwiek ogranicza się ono dla nich do alkoholu jedynie i dziewek. Nie pytają, co będzie jutro, chcą żyć dniem dzisiejszym, nie siejąc i nie orząc. I właśnie stają się wielce niebezpieczni przez tę swoją beztroską determinację.

            Takich szumowin posiada Warszawa bardzo wiele i przeciętny obywatel nie wyobraża sobie nawet, ile pełnych prawdziwego poświęcenia wysiłków musi czynić policja, by zapewnić mu bezpieczeństwo.

            Chciałbym, aby te moje skromne wspomnienia uprzytomniły niefrasobliwemu warszawiakowi, że służba w policji to ofiarna, często wielce niebezpieczna walka ze światem przestępczym.

            Pewnego późnego wieczoru w grudniu 1921 warszawski Urząd Śledczy został zaalarmowany wiadomością, że przy ulicy Czerniakowskiej dokonano podwójnego morderstwa. Z meldunku wynikało, że zamordowano żydowskie małżeństwo Pasamoników, utrzymujące na Czerniakowskiej, hen już na peryferiach miasta, w jednym z lichych domków przedmiejskich, typowy podwarszawski sklepik spożywczy.

            Udałem się niezwłocznie na miejsce zbrodni. W izbie pod stołem leżał w kałuży krwi trup starego Pasamonika ze zmasakrowanym tyłem głowy, a na progu, również zimny już trup jego żony. Całe mieszkanie było zdemolowane, co świadczyło o dokonanym rabunku.

            Zarządzona bez zwłoki obława z udziałem policji śledczej i mundurowej zatrzymała cały szereg podejrzanych indywiduów, jednakże po sprawdzeniu ich tożsamości zwolniono zatrzymanych dla braku poszlak.

            Zadanie policji było o tyle utrudnione, że nikt nie widział domniemanych zbrodniarzy, wchodzących ani wychodzących z mieszkania ofiar. Ograniczono się tedy na razie do zwrócenia baczniejszej uwagi na dzielnicę staromiejską oraz na Pragę z jej okolicami.

            Nie upłynęły jeszcze od czasu tej zbrodni całe trzy tygodnie, gdy opinią publiczną wstrząsnął nowy mord, dokonany na małżonkach Józefie i Antoninie Rudzińskich, zamieszkałych przy ulicy Tarczyńskiej numer 21.

            Rudzińscy byli to w swojej sferze ludzie dość zamożni, posiadali kilka wozów, tak zwanych „platform” i odpowiednią ilość koni, zajmowali się zaś transportem najrozmaitszych towarów. Każdego ranka zgłaszał się do swojego pryncypała jeden z furmanów po dyspozycje.

            Dnia krytycznego zadzwonił, jak zwykle o godzinie siódmej rano do mieszkania Rudzińskich dyżurny furman. Pomimo jednakże uporczywego dobijania się przez czas dłuższy, nikt mu nie otworzył. Jedynie wściekłe ujadanie szarpiących się na łańcuchach psów budziły echa w wymarłym pozornie gospodarstwie. Tknięty złym przeczuciem pobiegł do zamieszkałego opodal syna swoich chlebodawców, po czym we dwóch już, wyważywszy zamknięte na cztery spusty drzwi, wtargnęli do domostwa,

            Rudzińscy padli we dwoje ofiarami mordu.

            Powiadomiony o zaszłym przestępstwie, przybyłem niezwłocznie na miejsce zbrodni i po przeprowadzeniu wstępnych oględzin, stwierdziłem, co następuje: Rudzińscy zginęli od broni palnej. Trupy ich leżące na podłodze w kuchni w samej tylko pokrwawionej bieliźnie świadczyły, że zgładzono ich znienacka i bezbronnych. Splądrowane mieszkanie mówiło aż nadto wyraźnie o rabunku: kufry, szafy, komody i większość szuflad w mieszkaniu nosiły ślady włamania. Część rzeczy była rozrzucona w nieładzie na podłodze.

            Dalej, w parkanie na tyłach posesji były wyłamane częściowo dwie deski tak, że przez

powstały w ten sposób otwór można było przecisnąć się bez trudu.

            Nakazałem wdrożyć zwykłe w podobnych razach postępowanie policyjne. Jednakże próba z psami, jak również drobiazgowa rewizja terenu zbrodni oraz staranne wywiady i obławy nie dały żadnego konkretnego wyniku.

            Dokonana na denatach sekcja zwłok wykazała, że śmierć tragicznie zmarłych małżonków nastąpiła od kul z pistoletu automatycznego, poza tym zaś Rudziński miał, oprócz licznych uszkodzeń cielesnych, jeszcze złamane trzy żebra, a jego żona mnóstwo sińców i krwawych podskórnych wylewów. Najwidoczniej zezwierzęceni zbrodniarze pastwili się nad nieszczęśliwymi.

            Szczegółowe oględziny miejsca zbrodni przyniosły w rezultacie jedynie dwie wystrzelone gilzy[1] i dwie spłaszczone kule rewolwerowe.

            Znowuż stanęliśmy tedy wobec bestialskiego mordu, którego szczegóły wykonania nasuwały przypuszczenie, że był on dziełem tych samych rąk zbrodniczych, co i morderstwo Pasamoników.

            Gdzież więc szukać sprawców?...

            Otóż, jakkolwiek Wola, Mokotów, Sielce, Marymont cieszą się wielką sympatią wszelkich szumowin, to jednakże najmilszym terenem pozostaje dla nich do dziś dnia Praga i okolice Starego Miasta. Zwłaszcza wybrzeże praskie z jego sielskim, nieuregulowanym brzegiem wiślanym, pozwalającym z daleka już dostrzec zbliżającą się, a tak znienawidzoną policję, jest wielce dogodnym terenem dla beztroskiego przepędzania czasu w dnie pogodne i ciepłe przy grze w „oko” i nieodłącznym alembiku[2] w towarzystwie niegrzeszących cnotą, ale za to wielce wymownych dziewoi. A ileż to knajp i spelunek mieści w sobie dzielnica staromiejska, gdzie tropiony przez policję złoczyńca zawsze znajdzie przytułek i względnie bezpieczne schronienie!

            Doprawdy, śmiech mnie pusty porywa, gdy pomyślę, że znudzoną publiczność warszawską, tę z teatru czy kina, poruszyć może dopiero obraz jakiejś mniej lub więcej groteskowej szynkowni paryskiej z jej malowniczymi apaszami w pepitowych[3] spodniach... Ależ nadobna warszawianko i ty, warszawiaku najmilszy! Wierz mi, proszę, a jeżeli nie mnie, to doświadczeniu mojemu, że stolica nasza pochwalić się może całym mnóstwem nor i spelunek, odwiedzanych przez notorycznych zbrodniarzy, którzy niewątpliwie nic by nie stracili na porównaniu z ich francuskimi kamratami. Tu lęgnie się występek, zbrodnia, a nierzadko zboczenie psychiczne, które lęka się wyjść na światło dzienne i z pewnością zmroziłoby krew w waszych żyłach, o szanowni czytelnicy...

            Jeżeliście ciekawi, to pójdźcie, proszę, za mną, a wskażę Wam kilka takich spelunek

I to najautentyczniejszych w świecie.

            Zacznijmy od Pragi. Jest tam utrzymywana przez Żydówkę Chanę trzeciorzędna restauracja na rogu Brukowej i Targowej, szczególnie umiłowana przez najrozmaitszych obwiesiów i ich godne kochanki ze względu na wielce wygodny rozkład, pozwalający na łatwe wymknięcie się z rąk natrętnej, a ciekawej policji.

            Przy ulicy Ząbkowskiej mieści się zaciszna kawiarenka, utrzymywana przez szeroko znaną w pewnych kołach osobistość, której oficjalnym zatrudnieniem jest handel końmi. Wszystkie niemal kradzione w okolicach Warszawy konie przechodziły przez wprawne ręce bywalców tej kawiarni, wysoce uzdolnionych w tym kierunku ludzi. Niektórzy z nich byli wykwalifikowanymi w swoim fachu specjalistami od przemalowywania niewinnym koniom przyrodzonej im maści. Typy te cieszą się wielkim poważaniem i niemałym autorytetem wśród przestępców.

            Przy ulicy Wileńskiej utrzymuje norę pewien zawodowy złodziej, „kasiarz” z fachu i zamiłowania, u którego każdy szanujący się włamywacz zwykł przed wyprawą zasięgać porady.

            Czyż mam wymieniać w dalszym ciągu tę wesołą litanię? Zaznaczę jedynie, że nie brakuje takich przytulnych, a gościnnych (ale nie dla Ciebie, broń Cię Boże, czytelniku szanowny) schronień na Brzeskiej i Brukowej, Radzymińskiej, czy Folwarcznej. Potrzebę ich jest łatwo zresztą uzasadnić, skoro zważy się, że na niektórych z tych ulic nie masz domu, gdzie nie mieszkałby jakiś notoryczny „kasiarz”, „zgubniarz”, „klawisznik”, czy wreszcie morderca i bandyta. Instynkt towarzyski tkwi głęboko w każdym człowieku, nawet w najnikczemniejszym rabusiu i przestępcy. Zresztą od przestępców roją się nawet ulice o tak czcigodnych nazwach, jak Świętego Wincentego czy Piotra Skargi. (Czy naprawdę zabrakło w Warszawie ulicy trochę odpowiedniejszej dla czczonego imienia naszego wielkiego kaznodziei?) A może chciałbyś, o czytelniku, zwiedzić taki mały czteropiętrowy domek przy ulicy Wileńskiej, zwany praskim Portem Artura, a zamieszkały od góry do dołu przez samych złodziejów?

            A teraz przejdźmy się po dzielnicy staromiejskiej. Obfituje ona w nader liczne nory i spelunki. Tak więc, na przykład, przy ulicy Zakroczymskiej była sobie miła kawiarenka, służąca jako zaciszny azyl dla niezbyt sympatycznie widzianych przez policję indywiduów, a utrzymywana przez wysłużonego alfonsa, niejakiego Palete, podróżnika, który w pogoni za brudnym zyskiem zjeździł pół świata. Zwłaszcza w Argentynie czuł się jak u siebie w domu.

            Restauracja na rogu Piekiełka i Podwala została upamiętniona walką na śmierć i życie, jaką stoczyli funkcjonariusze policji z dwoma groźnymi bandytami, którzy padli wreszcie od ich kul.

            W jednym z szanowanych dla swej starości domów rynku staromiejskiego na trzecim piętrze mieściła się podejrzana garkuchnia, gdzie udało mi się zlikwidować niebezpieczną szajkę, złożoną z siedmiu zbójów, którzy w swoim czasie byli postrachem naszego wschodniego pogranicza. Banda ta miała za sobą długi szereg rabunków i morderstw, wobec czego, jako niemająca nic do stracenia, odznaczała się niezwykłą determinacją. Nawiasem mówiąc szajkę tę udało mi się unieszkodliwić, dzięki osobistej odwadze i sile podkomisarza Dobieckiego, który nie zawahał się przyjąć w odpowiedniej chwili walki wręcz z jednym z opryszków, zamierzającym wtargnąć do schowka z granatami ręcznymi. Wymieniony oficer policji oddał swym postępkiem nieocenioną usługę, uratowawszy życie niejednemu z nas i wytrąciwszy zbrodniarzom broń z ręki. Część tej groźnej szajki została później rozstrzelana, część zaś skazana na bezterminowe więzienie.

            Nie wyczerpując bynajmniej listy tych podejrzanych nor, a nie chcąc nużyć uwagi czytelnika, zaznajomię go tylko jeszcze z niejaką panią „Rudową”. Dźwięczny ten pseudonim nosiła pewna stara, wyranżerowana[4] prostytutka, a zawdzięczała go swemu nieboszczykowi mężowi, wytrawnemu złodziejowi kolejowemu, który przed swym niesławnym zgonem był po prostu... rudy. U niewiasty tej zbierały się teraz najgorsze szumowiny, ludzie, będący w niewątpliwej niezgodzie z kodeksem, ale za to pragnący zabawić się i pohulać z dziewkami.

            Owa Rudowa mieszkała przy ulicy Mostowej numer 27, a jej mieszkanie było specjalnie umiłowane przez poszukujących zabawy opryszków również z tego powodu, że miało ono dowcipne wyjście dla zaufanych gości: jak to później policja stwierdziła, niezbyt siebie pewni goście Rudowej, w razie niespodziewanej wizyty agentów, opuszczali wesoły przybytek przez pozbawioną tylnej ściany szafę, która zasłaniała otwór, prowadzący do zakonspirowanego mieszkania w innej już, przyległej kamienicy.

            Wobec podanych tutaj szczegółów nikt nie zdziwi się, gdy powiem, że lokale te cieszyły się specjalną opieką policji, która, nie nachodząc ich zbyt często, aby nie przepłoszyć zacnych gości, miała je wszelako w czujnej, a nieustającej pieczy.

            Pewnego razu (a było to podczas poszukiwań, jakie robiono po zabójstwie Pasamoników i Rudzińskich) policja wkroczyła do spelunki owej Rudowej, gdzie zastała na niewybrednej zabawie czterech mężczyzn i trzy niewiasty o tak sympatycznych imionach, jak „Biała Mańka”, „Gruba Helena” i „Czterdziecha”. Prawda, jakie to fonetyczne imiona, a zwłaszcza owa „Czterdziecha”?

            Zabrano całe to dobrane towarzystwo do Urzędu Śledczego dla sprawdzenia. Przesłuchanie podejrzanych, jak również rewizja osobista nie dały żadnego istotnego wyniku, jednakże stwierdzono, że ich musi coś łączyć. Ponieważ nie było żadnych danych do ich dalszego zatrzymywania, przeto wypuszczono całe towarzystwo na wolność, rozciągnąwszy wszelako nad nim obserwację, która przyniosła wcale ciekawe rezultaty.

            Rzeczywiście zauważono nazajutrz, że ci sami osobnicy, którzy bawili się u Rudowej, ściągają, jakby umówieni, do pewnego domu przy ulicy Białostockiej na Pradze. Do tego samego mieszkania przybył również jeszcze jeden osobnik, tym razem nieznany agentom policyjnym, jak później okazało się, dorożkarz Gwizdowski. Ten ostatni, po krótkiej chwili, ukazał się z powrotem na ulicy, niosąc pod pachą spore zawiniątko. Podejrzany typ skierował się – mając wciąż za sobą dwu wywiadowców – na Radzymińską do mieszkania pewnego Żyda, skąd po pewnym czasie wyszedł, ale już bez tłumoka.

            Teraz wywiadowcy rozdzielili się: jeden pozostał na obserwacji na ulicy Radzymińskiej, drugi zaś pośpieszył za Gwizdowskim, który pozbywszy się tłumoka, szedł teraz raźnym, sprężystym krokiem człowieka młodego i zdrowego. Śledzony osobnik wstąpił po drodze do paru sklepów, aby zaopatrzyć się obficie w wiktuały i pokaźną ilość spirytualiów, po czym skierował się na Białostocką, gdzie, w mieszkaniu notowanej w policji „meliniarki” Słojewskiej, oczekiwało już na niego całe dobrane towarzystwo, znane nam już z wizyty w Urzędzie Śledczym. Stojący na obserwacji wywiadowcy, upewniwszy się, że godna kompania oddaje się hulance całą duszą i nie przeczuwa grożącego niebezpieczeństwa, dali mi znać telefonicznie, że nadszedł odpowiedni czas dla interwencji policji.

            Wysłałem niezwłocznie pod wskazanym adresem silny oddział policji celem ujęcia podejrzanych oraz kilku funkcjonariuszy z rozkazem dokonania rewizji u owego Żyda na Radzymińskiej.

            Po wkroczeniu policji do lokalu Słojewskiej zastano całe zebrane tam towarzystwo dobrze już podpite. Na widok znienawidzonych przedstawicieli prawa, opryszki dobyli rewolwerów, ale nie dano im zrobić z broni użytku, gdyż błyskawicznie zostali rozbrojeni i zakuci w kajdanki.

            Całą dobraną kampanię, z wyjątkiem dorożkarza Gwizdowskiego, któremu w zamieszaniu udało się umknąć, aresztowano i powtórnie odprowadzono do Urzędu Śledczego, dokąd przyniesiono również ów tłumok, pozostawiony przez Gwizdowskiego u pasera.

            Oględziny tego tłumoka dały sensacyjny wynik, okazało się bowiem, że znajdujące się w nim rzeczy, pochodzą z bandyckiego napadu na Rudzińskich. Samego Żyda, nazwiskiem Grycman, przy dokonywaniu rewizji nie zastano w domu. Trzeba trafu, że osobnik ten, zwęszywszy najwidoczniej pismo nosem, udał się najlojalniej sam, z własnej nieprzymuszonej woli do Urzędu Śledczego, gdzie zameldował o kupieniu od Gwizdowskiego rzeczy, które wydały mu się podejrzane, wobec czego prosi „pokornie” o zbadanie źródła ich pochodzenia, Grycman został zatrzymany do rozporządzenia sędziego śledczego, ale wkrótce zwolniono go dla braku dowodów winy, po udzieleniu mu ostrzeżenia na przyszłość.

            Mając w ręku dowody rzeczowe w postaci garderoby i cenniejszych przedmiotów, będących własnością zamordowanych Rudzińskich skierowałem wszystkie podejrzenia na zatrzymanych, a więc Jankowskiego, Sujaka, Pietrzaka i Burtę, którzy jednakże wypierali się jak najkategoryczniej jakiegokolwiek udziału w mordzie, dokonanym na Rudzińskich.

            Śledztwo utrudniał ogromnie fakt ucieczki Gwizdowskiego, na którego zatrzymani obwiesie zwalili wszystko, twierdząc, że poznali go właśnie ostatniego dnia u ich wspólnej znajomej Słojewskiej, że nic nawet nie wiedzieli nie tylko o śmierci Rudzińskich, ale i o istnieniu tłumoka. Gwizdowski po prostu miał wyrazić chęć ugoszczenia nowych znajomych, a omawiany tłumok mógł przecież zabrać z jakiegoś innego mieszkania, położonego w tym samym domu. Jednym słowem robili z siebie Bogu ducha winnych ludzi, którzy padli oto ofiarami splotu okoliczności i gorliwości policji. Jednakże w krzyżowym ogniu pytań niektórzy z nich poczęli mieszać się i tracić fantazję, a gdy w dodatku rusznikarz warszawskiej komendy policji orzekł, że znalezione na miejscu mordu puste gilzy i spłaszczone kule były oddane według wszelkiego prawdopodobieństwa z rewolweru jednego z zatrzymanych, mianowicie Janikowskiego, niektórzy załamali się w swym uporze i pierwszy Sujak, zwątpiwszy w możliwość uwolnienia, machnął ręką na dotychczasową metodę zapierania się i wyśpiewał wszystko. A oto jego ponura opowieść:

           

            – Wiadomo panom, – zaczął śpiewać – że ja i moi kamraci jesteśmy sobie zwyczajnymi złodziejami nocnymi i na „duś” (to jest na morderstwo) nie chodziliśmy. Ściągnęło się od czasu do czasu z pociągu towarowego tę trochę węgla albo jaką belę manufaktury, czy też dla odmiany walizkę wystraszonemu burżujowi z pasażerskiego, czasami spotkało się jakiegoś frajera na jakiej ciemnej ulicy i zdjęło mu się paletko albo futro, ot żyło się spokojnie, a robiło się tylko „na sucho”, boć przecież zwykłego mordobicia nie warto brać na wzgląd. Żyło się tak wcale nieźle, bo chociaż nie raz i nie dwa byliśmy aresztowani, ale przecież rzadko kiedy siedzieliśmy w pace, jako że nie zawsze zebrało się przeciwko nam dosyć dowodów.

            W złą godzinę – westchnął Sujak, ciągnąc swe opowiadanie – przyłączył się do naszej „ferajny” jeden taki, właśnie Pietrzak. Poznaliśmy go u Rudowej. Od razu wydał mi się „swój” chłopak i to naszego fachu. I rzeczywiście był to, co się nazywa „cwany knajak[5]”, a jak zaczął nam „zaliwać kolejkę” o tym, czego już dokonał i co jeszcze ma zamiar zrobić, to otumanił nas ze wszystkim, tak że gotowiśmy już byli słuchać, co nam radził. Mówił, że zdezerterował po dokonaniu rabunku, że chociaż rozesłano za nim listy gończe, to jednak kpi sobie z policji, bo przefarbował sobie włosy z jasnych na czarne i tak potrafi odmienić się, jak zechce, że go rodzona matka nie pozna, że właściwie nie nazywa się Pietrzak (istotnie okazało się później, że prawdziwe nazwisko opryszka brzmi Rybak), nabajcował nam tyle, że zaczęliśmy wszyscy, to znaczy ja i moja kompania, patrzeć na niego z szacunkiem.

            Dowiedziawszy się od nas, – mówił dalej Sujak – że zajmujemy się przeważnie rabunkiem towarów z pociągów, a tylko czasami od wielkiego święta obrobi się jakiego głupiego frajera, Pietrzak zaczął z nas przekpiwać. Mówił, że taka robota, to tylko wstyd przynosi, że więcej przy niej ryzyka, niż zysku i tak nas przekabacił, że jak zaproponował nam wspólną robotę, w mig zgodziliśmy się. W taki to sposób ten piekielnik, żeby on z piekła nie wylazł, stał się przyczyną całego naszego nieszczęścia.

           

            Opowiadający Sujak westchnął głęboko, użaliwszy się widocznie nad sobą samym, po czym zaczął z duszy i serca przeklinać Pietrzaka najgrubszymi, nienadającymi się tutaj do druku słowami. Wezwany do porządku ciągnął dalej swoją relację, jak to w końcu grudnia 1922 r. Pietrzak vel Rybak dotrzymał danej im obietnicy i wyznaczył przez siebie kompanii spotkanie u tej samej Rudowej, gdzie stawił się wraz z Jankowskim, zwąchali się uprzednio i najwidoczniej cały plan już obmyślili.

            Ni mniej, ni więcej, tylko miano napaść na Pasamonika, właściciela sklepu spożywczego przy ulicy Czerniakowskiej, wielce zamożnego podobno Żyda, o którym mówiono, że chowa znaczne pieniądze w mieszkanku przy sklepie.

            Po dłuższej naradzie, przy nieodzownej w takich razach wódce, plan cały przyjęto. Według słów Sujaka, zasługujących moim zdaniem na wiarę, robota miała być wykonana „na sucho”, to jest bez krwi przelewu. Miano jedynie nastraszyć Żydów i zrabować, co się da z gotówki.

            Gdy złoczyńcy zjawili się na Czerniakowskiej, sklep Pasamonika był już od ulicy zamknięty. Udano się tedy, jak to w Warszawie mówią „od tyłu” i zapukano. Właściciel sklepu, stary Pasamonik zapytał czego chcą, a gdy mu odpowiedziano, że papierosów, otworzył drzwi z zasuwy, nie podejrzewając nic złego. W tejże chwili Pietrzak popchnął przerażonego Żyda do sklepu, a potem do pokoju, znajdującego się za sklepem i tam w oczach, rozebranej już starej jego żony, zamordował wspólnie z Jankowskim dwoma wystrzałami rewolwerowymi. Gdy zaś oniemiała z przerażenia Żydówka usiłowała uciec, Jankowski, nie bacząc już na nic, w szale mordu, a może w obawie przed niebezpiecznym świadkiem, zabił ją na progu izby jednym strzałem, po czym zaczął kopać w głowę, stygnącego trupa starego Pasamonika, dopóki inni w obawie, aby kto nie nadszedł, nie odciągnęli rozjuszonego opryszka.

            Wszyscy byli mocno stropieni tym, co zaszło, wszyscy z wyjątkiem Pietrzaka, który widząc, że jego kompania zupełnie potraciła głowy, krzyknął nieznoszącym oporu, pewnym siebie głosem:

            – Dalejże, czego stoicie, jak tumany, bierzcie „ciuchy”, jakie są pod ręką, bo chociaż śpieszyć się nie ma potrzeby, to jednakże tak dużo znowu czasu nie mamy!

            Pewność siebie bandyty otrzeźwiła spłoszonych drabów, którzy poczęli pakować co lepsze rzeczy i garderobę, a Pietrzak zajął się poszukiwaniem pieniędzy.

            Niewielkie były łupy, trochę przenoszonego ubrania, świeczniki szabasowe i nieco pieniędzy, co w sumie przedstawiało wartość około kilkuset dzisiejszych złotych. Licha ta zdobycz i nawet w świecie przestępczym uważana była za zupełnie niewspółmierną z dokonaniem morderstwem dwojga osób.

            Po dokonanym mordzie i zabraniu łupów cała godna kompania ulotniła się czym prędzej, w sklepie zaś pozostały dwa szybko stygnące ciała, wytrzeszczające w lichym świetle naftowej lampy martwe źrenice...

            Minęło bezkarnie dwa tygodnie. Złoczyńcy umówili spotkanie tym razem nie u Rudowej, lecz w knajpie niejakiej Żółtkowej. Żądnych wrażeń czytelników odsyłam na ulicę Czerniakowską pod numer 139, gdzie nora ta obrała sobie siedlisko. Lokal to nadzwyczaj brudny z poszczerbionym szynkwasem[6] i smętnie zwisającymi ze ścian szczątkami tapet, świadczącymi o dawnych wspaniałościach. Przy brudnych stolikach zawsze można zastać siedzących opryszków o twarzach spod ciemnej gwiazdy. Zaś mama Żółtkowa to niechlujna megera[7] o zapitej gębie i przekrwawionych oczach, mająca za męża zniedołężniałego skutkiem pijaństwa draba.

            Knajpa ta, pomimo wszystko prosperuje dobrze i większych kłopotów ze swymi gośćmi nie miewa, a to dzięki energicznym i umiejętnym rządom siostrzenicy gospodyni, panny Basi, wcale ładnej blondynki o nader harmonijnych kształtach i cynicznym wyrazie twarzy. Ta swoją umiejętnie stosowaną brutalnością, niewybrednymi wymysłami, a nierzadko również wcale silną rączką przyprowadzała do porządku rozbujałe temperamenty podpitych rycerzy noża.

            Czyż nie zasługuje na uwagę ta niewieścia pewność siebie wśród najgorszych szumowin, gdzie o wyciągnięcie noża jest równie łatwo, jak o splunięcie?

            W knajpie tej przestrzegano ścisłej konspiracji i jakkolwiek wszyscy w niej znali się, to jednakże nigdy nie witali się przy wchodzeniu, nazywali się zmienionymi imionami itp.

            Pomimo to bójki i walki na noże były tam na porządku dziennym. Gdy w grę wchodziła kobieta, albo niesprawiedliwy podział łupu – a na niesprawiedliwość tego rodzaju złoczyńcy są niezwykle wrażliwi – szła w kąt ostrożność, konspiracja oraz obawa przed wsypą i nierzadko nawet unikany zazwyczaj strzał rewolwerowy kończył bandyckie nieporozumienia. Na warcie przed knajpą stał wychowaniec gospodyni, dwunastoletni chłopiec, i w razie potrzeby alarmował zacne towarzystwo, które ulatniało się w porę, a po

przeminięciu niebezpieczeństwa powracało, aby pić w dalszym ciągu na umór.

            Do tej spelunki wezwał Pietrzak vel Rybak swych kamratów oraz dorożkarza Gwizdowskiego, którego znał już dawniej, na naradę.

            Podczas posiedzenia, oczywiście, zakrapianego alembikiem, Pietrzak wysunął plan nowego napadu, mianowicie na zamożnych obywateli z ulicy Tarczyńskiej, Rudzińskich. Zbóje, rozzuchwaleni bezkarnością po dokonanym pierwszym morderstwie na Pasamonikach, plan w zasadzie przyjęli. Szczegóły omówiono na naradzie już dnia następnego, po czym „sitwę[8]” obficie zapito. Ostatecznie wyruszono na wyprawę osiemnastego stycznia z „meliny” Słojewskiej przy ulicy Białostockiej.

            Było ich pięciu. Z nich Sujak, Gwizdowski i Jankowski uzbrojeni w naładowane rewolwery. Na Tarczyńską dostali się, nie zachowując nawet ostrożności, wszyscy razem tramwajem linii numer 7. Los im sprzyjał. Było już ciemno i nikt ich nie zaczepił.

            Dostawszy się na tyły domów, stojących przy ulicy Tarczyńskiej wyłamali w parkanie dwie deski i przeleźli do ogrodu Rudzińskich. W oknach parterowego domostwa, wychodzących na ogród, paliło się światło. Jednakże czujne psy, niespuszczone jeszcze z łańcuchów, zwęszyły napastników i podniosły wściekłe ujadanie. Bursa podskoczył do psiej budy, aby za wszelką cenę zamknąć psom pyski, gdy na ganku ukazała się postać kobieca –zwabiona widocznie szczekaniem – i poczęła nawoływać w stronę ciemnego ogrodu:

            – Kto tam?...

            Była to Rudzińska. Wyszedłszy z oświetlonego pokoju na ciemny ganek, nie mogła dojrzeć kulących się w krzakach zbójów, a ci tymczasem porozumieli się już wzrokiem. Pierwszy Jankowski skoczył jak kot na kobietę, wpychając ją do mieszkania, za nim wtargnęli inni. Przerażeni starzy widząc, że to napad bandycki, zaczęli wzywać pomocy. Sujak dla postrachu wystrzelił w sufit, co wszelako wywołało wręcz przeciwny skutek, gdyż Rudzińscy zaczęli już nie wołać, ale wyć o ratunek, a wtedy zniecierpliwiony Jankowski dwoma celnymi strzałami położył ich trupem.

            Tymczasem Gwizdowski otwierał już przy pomocy siekiery te szuflady i szafy, które były zamknięte na klucz. Po chwili lepsza garderoba, pieniądze i biżuteria znalazły się w rękach bandytów, którzy nie czekając, opuścili teren zbrodni przez ten sam otwór w parkanie. Tylnymi uliczkami wydostano się na Towarową. Teraz kompania rozdzieliła się. Jankowski i Gwizdowski zatrzymali przejeżdżającą dorożkę i kazali wieźć się ze zrabowanymi rzeczami do „meliny” Słojewskiej na Pragę, aby tam zostawić łupy. Całe zaś towarzystwo miało spotkać się jeszcze tego samego wieczoru u Rudowej na ulicy Mostowej.

            Była wtedy dziesiąta wieczorem. Bursa, Pietrzak i Sujak, rozdzieliwszy pomiędzy siebie część zrabowanych pieniędzy, zaszli po drodze na ulicę Wolską do restauracji, znanej w szerokich kołach przestępczych pod dźwięczną nazwą – w tym miejscu mojej opowieści waham się, o szanowny czytelniku, zali mam Ci wyjawić niezwykłe godło tej knajpy, ale niech tam, uczciwszy Twe uszy, powiem – zwie się ona knajpą „Pod cyckami”. Tu rabusie, pokrzepili się kilku kieliszkami wzmocnionej. Po czym udano się do Rudowej, gdzie zastano już Jankowskiego wraz z Gwizdowskim. Przyszły również ich kochanki i rozpoczęła się szumna zabawa, którą przerwało dopiero nadejście patrolu policyjnego, sprawdzającego z mojego rozporządzenia po zabójstwie Pasamoników spelunki Starego Miasta.

            Cała kompania była pewna, że po pozbyciu się dowodów rzeczowych, nic jej nie grozi i bez oporu pozwoliła odprowadzić się do Urzędu Śledczego, licząc, że wkrótce zostanie uwolniona. Jakoż istotnie tak się stało, jak to już w początkach mojego opowiadania zaznaczyłem.

            Opryszki zostali uwolnieni, ale nie przewidzieli jednego: że nakażę rozciągnąć nad nimi obserwację. Jak już wspomniałem dała ona nazajutrz sensacyjne wyniki. Mimowolnym sprawcą „wsypy” całej bandy stał się Gwizdowski, zanoszący do Grycmana zrabowane rzeczy.

Dorożkarz Gwizdowski, któremu jak wyżej mówiłem, udało się zbiec w chwili aresztowania, został ujęty na wiosnę tegoż roku i skazany na dwanaście lat ciężkiego więzienia. Pietrzak vel Rybak, jako dezerter z wojska został przekazany sądowi wojskowemu, którego wyrokiem skazano go na dożywotnie więzienie. Jankowskiego zaś, Bursę i Sujaka jeszcze w tym samym styczniu 1922 rozstrzelano na mocy wyroku sądu doraźnego.

            Byłem obecny przy ich egzekucji. Był mroźny, szary świt. Bursa i Sujak szli na miejsce stracenia jak automaty. Nikt nie domyśliłby się, że w tych ospale poruszających się ciałach drzemie buntowniczy, niespokojny, bujny duch łamiącego prawo złoczyńcy. Tylko Jankowski zachowywał się do ostatniej chwili hardo, szydząc zuchwale z proponowanego mu przez towarzyszącego skazańcom księdza pojednania się z Bogiem.

            Skazanych przywiązano do słupów. Padło kilka suchych rozkazów. Wreszcie krótka komenda:

            – Pal!

            Równa, sprawnie oddana salwa... i trzy ciała zwisły bezwładnie na podtrzymujących je sznurach. Z tak licznie rozmnożonej po wojnie armii bandyckiej, nękającej społeczeństwo, ubyło trzech groźnych członków.

            Czytelnikowi, interesującemu się płcią niewieścią, powiem na zakończenie, że „Gruba Helena”, „Biała Mańka” i „Czterdziecha” znalazły sobie wkrótce pocieszycieli w osobach znanych, doliniarzy warszawskich.



[1] Gilza – łuska naboju [kor.]

[2] Alembik – gatunek wytrawnej wódki [kor.]

[3] Pepitka – deseń na tkaninie, dwukolorowa kratka lub podłużne pasy [kor.]

[4] Wyranżerować – wyeliminować, wyłączyć, wycofać z obiegu [kor.]

[5] Knajak – spryciarz, ulicznik, cwaniak [kor.]

[6] Szynkwas – dawniej bufet w oberży, szynku [kor.]

[7] Megera – w mit. gr. jedna z trzech furii; pot. kobieta zła, jędza [kor.]

Script logo