Bachrach, Daniel, Tajemnica pokoju numer 38

  • Bachrach, Daniel, Tajemnica pokoju numer 38

    Bachrach, Daniel, Tajemnica pokoju numer 38

Tajemnica pokoju numer 38

Historia romantyczna, lecz prawdziwa

 

Pewnego dnia rano w czasie przedwojennych jeszcze tzw. kontraktów kijowskich wpadł do naszego urzędu podtatusiały już obywatel ziemski.

– Panie naczelniku! Obrabowano mnie!... – krzyczał bardzo zdenerwowany.

– Proszę się uspokoić! Niech pan usiądzie!

Sapiąc głośno z emocji, opadł na krzesło.

– A teraz proszę nam opowiedzieć spokojnie, gdzie i jak pana obrabowano?

– Głupia historia! Wprost wstyd mówić... człowiek ma przecież już lat pięćdziesiąt... żonę... dzieci... i tak wpaść!

– Niechżesz pan opowiada o właściwej sprawie!

– Jestem obywatelem ziemskim i przyjechałem do Kijowa na „kontrakty”, mając przy sobie na zakupy sześć tysięcy dwieście rubli. Wczoraj wieczorem poszedłem do cyrku, gdzie poznałem przypadkowo bardzo sympatyczną młodą niewiastę. Zjedliśmy razem kolację; po czym odprowadziłem ją do hotelu. Zatrzymała mnie jeszcze na herbatkę. Grała przede mną rolę bardzo skromnej i przyzwoitej biuralistki, chwilowo bez zajęcia. Jednym słowem: zrobiła na mnie jak najlepsze wrażenie. Tak się jakoś złożyło, że zostałem u niej na noc. Stało się to po długich z mej strony naleganiach; drożyła się ze swą „cnotą” uparcie, wreszcie... zwyciężyłem. Ot, co znaczy człowiek z prowincji. Byłem jednak na tyle ostrożny, że postanowiłem schować dobrze portfel z pieniędzmi. Nie było odpowiedniego schowka, zostawiłem zatem pieniądze w marynarce, którą zawiesiłem na krześle, ale drzwi zamknąłem na klucz, który nieznacznie schowałem pod poduszkę. Rano obudziłem się, ubrałem – towarzyszka moja leżała w łóżku – i przed wyjściem sięgam po portfel, chcąc jej ofiarować pewną kwotę. Z przerażeniem spostrzegłem brak portfela. Oczywiście wszcząłem awanturę, na co towarzyszka moja z najspokojniejszą w świecie miną, odpowiada:

„Pan mnie na kawał nie weźmie; chce się pan wykręcić od płacenia i udaje, że mu zginął portfel”.

„A jednak zginął!”

„Dobrze, lecz jakim cudem, jeśli klucz od drzwi ma pan przy sobie, a ja jestem z panem sama jedna?”

„Czy ja wiem?”

„A może się ktoś ukrył pod łóżkiem albo w szafie?”

Ani pod łóżkiem, ani w szafie nie było nikogo.

„Nie ma nikogo!”

„Zatem ja pana stąd nie wypuszczę; musi pan szczegółowo przeszukać cały pokój. Portfel, to nie ziarnko maku, nie skryje się w szparze podłogi”.

Przeszukałem cały pokój szczegółowo, przeprowadziłem na jej żądanie osobistą jej rewizję. Portfel przepadł, jak kamień w wodę.

„A czy jest pan pewny, że pan portfela nie zgubił przed wejściem do hotelu?” – spytała mnie na wszelki wypadek.

– To jest wykluczone! Gdy namyślałem się w pokoju, gdzieby ukryć mój portfel, trzymałem go w ręku. Pamiętam z całą pewnością! – dorzucił stanowczo.

              

Wiedziałem o mieszkaniach tzw. domach schadzek, gdzie się zdarzały podobne wypadki, po raz pierwszy jednak, stało się coś podobnego w hotelu.

Zainteresowałem się bardzo tą sprawą i prosiłem naczelnika, by mnie ją powierzył, na co otrzymałem jego zgodę.

Wziąłem ze sobą przodownika policji mundurowej oraz jednego wywiadowcę; udałem się wraz z niefortunnym donżuanem do wskazanego hotelu.

Ponieważ hotel ten cieszył się na ogół bardzo dobrą opinią, posłałem – dla uniknięcia zbiegowiska i skandalu – przodownika i wywiadowcę tylnymi schodami, sam zaś z poszkodowanym obywatelem poszedłem wejściem frontowym na drugie piętro, gdzie poszkodowany wskazał mi pokój numer 38.

Zapukałem, po czym weszliśmy do środka. W pokoju siedziała jakaś starsza dama. Stojący za mną obywatel złapał mnie za rękę i szepnął:

– To nie tu!

Przeprosiłem damę i zamknąłem drzwi za sobą. Gdyśmy się znaleźli z powrotem w korytarzu, począł nasz obywatel spoglądać ze zdumioną miną na drzwi na ziemię, sufit, numer pokoju, a miał przy tym tak zdumiony wyraz twarzy, jakby mu skradziono nie tylko portfel z pieniędzmi, lecz i pokój, w którym spędził tak wielce romantyczną noc.

– A jednak wiem na pewno, że był to pokój numer 38, gdyż moja towarzyszka zażądała w mej obecności od portiera klucza z tego numeru i mając klucz ten w ręku widziałem na nim wyraźnie numer 38.

Sprawa ta zaczęła mnie intrygować coraz bardziej. Zapytany portier odpowiedział, że w pokoju tym mieszka od kilku dni matka z córką.

– Chodźmy tam jeszcze raz; cała ta sprawa coś mi się wydaje podejrzana.

– Czego panowie sobie życzą? – spytała dama, gdyśmy weszli powtórnie.

Mimo, iż była umyślnie skromnie ubrana i pozowała na dystyngowaną damę, zrobiła na mnie od razu wrażenie zawodowej kuplerki[1] lub handlarki żywym towarem.

Wylegitymowałem się na wstępie i przystąpiłem od razu do rzeczy:

– Jestem urzędnikiem policji kryminalnej. Poproszę panią o kilka informacji. Kto pani jest i co porabia pani w Kijowie?

– Jestem wdową po pułkowniku, a do Kijowa przyjechałam z córką na „kontrakty”.

Tu obywatel wziął mnie na bok i szepnął:

– Pokój z całą pewnością jest ten sam, tylko meble są poprzestawiane.

Byłem zatem pewny, że jestem na dobrej drodze. Zapytałem więc ostrym tonem:

– Gdzie jest córka pani?

– Wyszła do znajomych i wróci dopiero wieczorem.

– Jak widzę, gra w „ciuciubabkę”! Krótko i węzłowato: tej nocy skradziono temu panu w tym pokoju kilka tysięcy rubli. Gdzie one są?

– Czy pan oszalał?! – oburzyła się w straszny sposób – w tej chwili jadę ze skargą do pana policmajstra i zażądam za obrazę natychmiastowego usunięcia pana ze służby!

– O tym potem, a teraz niech pani zwróci pieniądze, bo będzie źle!

W tej chwili wzrok mój padł na drzwi, łączące ten pokój z drugim. By nie zdradzić swych zamiarów, odwróciłem czym prędzej oczy w stronę okna i podszedłem do przodownika, szepcząc mu do ucha:

– Gdy panu dam znak niech pan nagle otworzy te drzwi, a gdyby się okazało, że są zamknięte, proszę je nagle wyważyć siłą, jednym uderzeniem całego korpusu...

– Proszę pana, to jest niedopuszczalne zawahał się.

– Pan to zrobi na moją odpowiedzialność – rozkazałem stanowczo.

– Tak, to co innego. Czekam na znak.

Byłem pewny, że w tym drugim pokoju mieszka wspólnik albo wspólniczka tej „damy”.

Mrugnąłem znacząco w stronę przodownika. Ten nacisnął nieznacznie klamkę i drzwi otworzyły się. Pozostawiłem przodownika wraz z „damą” i obywatelem, a sam z wywiadowcą wszedłem do drugiego pokoju.

Na łóżku leżał jakiś młody człowiek i czytał gazetę.

– W imieniu prawa proszę się wylegitymować!

– Jestem X.Y. inżynier z Warszawy.

– W jakim celu przybył pan do Kijowa? – spytałem po polsku.

– Na „kontrakty”. Jestem przedstawicielem fabryki narzędzi rolniczych,

– Czy zna pan te panie z pod numeru 38?

– Nie znam nikogo.

– W takim razie proszę mi powiedzieć, dlaczego drzwi łączące oba pokoje nie są zamknięte na klucz?

– Nie zauważyłem tego dotychczas – odparł zmieszany i począł się plątać widocznie.

– Proszę się czym prędzej ubierać!

Gdy się to już stało, oddałem go w ręce wywiadowcy i kazałem go odprowadzić do Urzędu Śledczego. Sam zaś wróciłem do pierwszego pokoju,

– No, Kawaler już się przyznał – rzekłem tryumfująco. – Nie ma rady, trzeba oddać pieniądze.

„Dama”, kuta na cztery nogi baba, nie przyznawała się do niczego, udając wciąż święte oburzenie uciśnionej niewinności.

W tej chwili drzwi się otworzyły i do pokoju weszła młoda, przystojna dziewczyna,

– Czy to ta? – spytałem cicho obywatela.

– Nie!

Zauważyła to stara i zwróciła się do mnie:

– Oto moja córka!

– ... teatralna! – dodałem ironicznie. – Raz jeszcze radzę życzliwie: proszę natychmiast zwrócić pieniądze, to sprawę jakoś się zatuszuje.

– Ten pan – rzekłem, wskazując na obywatela – jest człowiekiem żonatym, nie chce skandalu...

– Wie pan? – przerwała mi nagle stara – przyszła mi na myśl jedna rzecz. Moja córka ma przyjaciółkę, lecz ta dziewczynka wcale mi się nie podoba. Myśmy tej nocy nie mieszkały tutaj, gdyż nocowałyśmy u znajomych na wsi pod Kijowem. Może ta przyjaciółka córki wprowadziła tu tego pana?

– Jak wyglądała ta osoba?

– Przystojna, wysoka, blondynka...

– A widzisz! – zwróciła się z wyrzutem do córki. – To Zosia! A prosiłam cię, byś się z nią nie wdawała. Jest to z gruntu zepsuta dziewczyna!

Udając, że jej wierzę, potakiwałem głową:

– Taki już dziś świat, proszę pani! Ale... ale... może ta Zosia ukryła tu gdzie pieniądze? Starajmy się je koniecznie odszukać. Jeśli znajdziemy, wszystko będzie w porządku, w przeciwnym zaś razie musiałbym obie panie osadzić w więzieniu...

Rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania.

Nie było najmniejszej szpary, gdzieby nie zajrzano. Nagle „stara” zawołała z tryumfem, wyciągając z otomany pakiet owinięty gazetą:

– No patrz pan, jak to człowiek niewinnie może wpaść w podejrzenie! Chwała Bogu, że się znalazło!

Było to tak kapitalnie wypowiedziane, że się mimo woli roześmiałem.

– Proszę przeliczyć! – zwróciłem się do uradowanego obywatela.

Obie „damy” odesłałem wraz z przodownikiem i pieniędzmi do urzędu; towarzyszył im obywatel. Sam zaś zostałem w hotelu oczekując powrotu bohaterki nocnej przygody.

Czekałem przeszło dwie godziny, gdy do pokoju weszła przystojna blondynka, którą – po wyjaśnieniu, kim jestem i o co się rozchodzi – odprowadziłem do Urzędu Śledczego.

Obie „damy” opowiedziały w śledztwie, że owa „dama” namówiła je w Warszawie na wyjazd i przyznały się do wszystkiego. Kradzież popełniono w sposób pomysłowy. Krzesło z ubraniem poszkodowanego (w pokoju nie było wieszadeł) podsunęła przed spaniem do drzwi sąsiedniego pokoju, które były dobrze naoliwione, by przy otwieraniu nie skrzypiały. W nocy, gdy obywatel zasnął, otworzył młody człowiek po cichu drzwi i wyjął z kieszeni marynarki portfel z pieniędzmi.

Wobec tego, że poszkodowany cofnął skargę i ze zrozumiałych powodów prosił o umorzenie sprawy, poprzestano na tym, że całą czwórkę wysłano etapem z Kijowa do miejsca zamieszkania, zabraniając im surowo próby powrotu.

 

Więcej tego typu opowiadań w tomach:


[1] Kuplerka – kobieta czerpiąca zyski z cudzego nierządu, burdelmama [kor.]

Script logo