Bachrach, Daniel, Kradzież w kancelarii Sędziego Pokoju

  • Bachrach, Daniel, Kradzież w kancelarii Sędziego Pokoju

    Bachrach, Daniel, Kradzież w kancelarii Sędziego Pokoju

Kradzież w kancelarii Sędziego Pokoju

 

Było to przed wojną w kilka dni po moim wstąpieniu do policji śledczej (kryminalnej) w Kijowie.

Pewnego dnia wzywa mnie do swego gabinetu naczelnik Urzędu Śledczego:

– Jest dla pana okazja do odbycia interesującego debiutu! Jeśli uda się panu wykrycie sprawcy, będzie to miało ogromny wpływ na dalszą pańską karierę.

– Słucham panie naczelniku!

– Otóż w biurze sędziego pokoju popełniono znaczną kradzież. Mianowicie z kasetki kancelaryjnej skradziono sześć tysięcy rubli rządowych pieniędzy. Proszę się zająć zaraz tą sprawą.

Udałem się wprost do sędziego pokoju i rozpocząłem śledztwo.

– Kto miał stale klucz od kancelarii?

– W porze obiadowej ukrywało się klucz w sieni na szafie, a pieniądze te zginęły właśnie w czasie obiadu.

– Kiedy zauważono brak pieniędzy?

– Wczoraj tj. zaraz po dokonaniu kradzieży – odpowiada sekretarz. – Po przybyciu do biura zastałem drzwi zamknięte na klucz, jak zwykle, a klucz na swoim miejscu.

– Co dalej?

– Po wejściu do środka zauważyłem rozbitą kasetkę i brak pieniędzy.

– Kogo pan podejrzewa?

– Hm, trudno osądzić. Prócz sędziego i kancelarzysty nikt nie wiedział o tajemnej kryjówce klucza.

– Proszę zawezwać tu kancelarzystę.

Po chwili wszedł wystraszony kancelarzysta. Na pierwszy rzut oka zorientowałem się, że nie był on zdolny do popełnienia kradzieży.

– Pan wiedział o tym, gdzie w porze obiadowej ukrywa się klucz?

– Wiedziałem, ale ja... ja... nie jestem winien...

– Proszę się uspokoić, a zaraz cała sprawa się wyjaśni. Nie posądzamy pana wcale o tę kradzież, a sprawcę odnajdziemy. Niech pan pomyśli spokojnie przez chwilę: czy przychodził tu do pana kiedy któryś ze znajomych?

– Owszem, przychodził jeden mój znajomy młody człowiek.

– Kto taki?

– On nawet mieszka w tym domu.

– A czy wiedział coś o miejscu, gdzie chowa się klucz?

– Wiedział...

Tu kancelarzysta uderzył się dłonią w czoło, jakby mu jakaś myśl wpadła nagle do głowy.

– Proszę pana... kto wie... a może... – szeptał bez związku.

– Co to za człowiek? – zwróciłem się do obecnych.

– To figura dość niewyraźna...

Wobec powyższego kazałem młodego nieznajomego człowieka aresztować i osadzić w jednym z komisariatów.

– Panie naczelniku – mówię do swego szefa, wróciwszy do biura – tu w Kijowie nikt mnie jeszcze nie zna. Wobec tego będzie najlepiej, jeśli pro forma zostanę również aresztowany i osadzony w celi razem z domniemanym sprawcą. W ten sposób wydobędę od niego łatwiej prawdę.

– Myśl niezła! – uśmiechnął się naczelnik.

– Lecz o tym niechaj wie tylko jeden komisarz, do którego, w razie potrzeby, mógłbym się zwrócić. Poza tym lepiej, by nikt nie wiedział o moim incognito.

– Racja! Wyślę pana zaraz z zaufanym wywiadowcą.

Istotnie – eskortujący mnie wywiadowca sprowadził mnie do komisariatu i osadził w areszcie jako „doliniarza” (złodzieja kieszonkowego).

Dyżurny przodownik zrewidował mnie szczegółowo, zabrał szelki, krawat, zegarek itp., po czym osadził mnie w celi, w której znajdowałem się sam.

Dopiero po jakichś dwóch godzinach sprowadzono tam podejrzanego o kradzież sześciu tysięcy rubli młodzieńca.

Umyślnie nie rozpoczynałem pierwszy rozmowy.

Po dłuższym nerwowym spacerze po sali spytał mnie towarzysz.

– A pana za co tu wpakowali?

– Niewinnie, zupełnie niewinnie...

– Dobrze, ale o co podejrzewają?

– Pracuję i mieszkam u właściciela sklepu bławatnego. Wczoraj wieczorem zauważono brak biżuterii na sumę przeszło trzydziestu tysięcy rubli i podejrzenie padło w pierwszej linii na mnie. Ale ja jestem niewinny.

– Ja także jestem niewinny, a mimo to mnie aresztowali.

– Za co?

– Z kasy sądu pokoju zginęło sześć tysięcy rubli...

W ten sposób rozmawialiśmy czas dłuższy.

O godzinie piątej zabrał mnie z celi posterunkowy do komisarza.

– Cóż słychać?

– Na razie jeszcze nic.

– Szkoda, żeby się pan tu męczył całą noc. Każę pana zwolnić, bo jeśli on do tej pory nie wyjęzyczył się, to i w nocy nic nie powie. Dyżurny! Zwolnić tego pana!

Udałem się zaraz do swego szefa, któremu zreferowałem całą sprawę.

– Jakież jest pańskie zdanie w tej sprawie? – spytał naczelnik.

– Jestem zdania, że właściwego sprawcę mamy pod kluczem...

– Także tak sądzę! Wobec tego niech pan przemęczy się jeszcze przez noc w celi i spróbuje. Rano proszę się znów zgłosić do mnie. Może się uda...

– Mam nadzieję.

Równocześnie wezwał drugiego wywiadowcę i kazał mnie odprowadzić z powrotem do komisariatu pod pozorem, że popełniłem drugą kradzież.

Można sobie wyobrazić zdziwienie dyżurnego przodownika, który mnie przed godziną zwalniał, gdy mnie zobaczył.

Na dobitek jeszcze, nadszedł pomocnik komisarza, który, jak i przodownik – nie wiedział o mej właściwej roli.

– Panie komisarzu! – melduje przodownik – dopiero przed godziną, wypuściłem go z aresztu, a już go mamy z powrotem za kradzież zegarka.

– Co? – tu z ust zastępcy komisarza popłynęło tradycyjne rosyjskie, genealogicznie motywowane przekleństwo. – At, żulik! Ale ty mi tu gadaj zaraz, gdzie zegarek, bo, jej Bohu, gnaty połamię!

A że nie żartuje, widać to było po jego spojrzeniu.

Nie pozostawało mi więc nic innego, jak przyznać się do fikcyjnej kradzieży, lecz chcąc zyskać na czasie, powiedziałem mu, że zegarek oddałem wspólnikowi, którego jutro wskażę policji w jednej knajpie, gdzie zawsze przebywa.

Podkomisarz był zachwycony tak łatwym zwycięstwem, poklepał mnie po ramieniu, poczęstował papierosem, po czym kazał mnie odprowadzić do poprzedniej celi, gdzie siedział mój towarzysz.

– Gdzie pan był tak długo?

– U sędziego śledczego.

– No i cóż?

– A no nic! Radził mi, bym się przyznał i wskazał miejsce, gdzie ukryłem biżuterię, to mnie zwolni. Ale ja nie głupi... – i udałem wobec swego towarzysza zmieszanie z powodu zasypania się przed nim.

– ...ale ja powiedziałem, że nie wiem o niczym.

Towarzysz mój uśmiechnął się przyjaźnie.

– Ot z was maładiec[1]! Ale przede mną się nie bójcie. Ja was nie zdradzę. Widzicie, ja te pieniądze wziąłem, ale się im nie przyznam, choćby przypiekali ogniem.

– Ha, to wiedzcie, że i ja biżuterię zabrałem, mimo że się nie przyznałem.

– Słuchajcie, to może byśmy tak coś do spółki? A czy dobrzeście schowali?

– Ho, ho! Sam diabeł nie znajdzie. Schowałem w ogrodzie mego pryncypała. Biżuterię włożyłem do blaszanego pudełka, owinąłem to natłuszczoną oliwą szmatą i zakopałem obok ławki.

– A czy zapamiętacie?

– Zapamiętam, bo na nodze ławki wyciąłem dwa krzyżyki. Tylko kłopot, bo jak mnie stąd wypuszczą, to będę bez kopiejki, a w Kijowie boję się sprzedawać coś z biżuterii, bo mogę się „wsypać”.

– Jak mnie uwolnią, to od was odkupię zloty zegarek.

– A czy macie na tyle jeszcze pieniędzy? Przecież zegarek wart najmniej sto rubli.

– Nie bójcie się, z tych sześciu tysięcy wydałem dopiero trzydzieści rubli.

– A resztę?

– He, he! Resztę ukryłem... tak, że sam diabeł nie znajdzie. Ot, była rewizja i nie znaleźli.

Drgnąłem z zadowolenia, lecz nie dałem poznać po sobie.

– Wiecie co? – oderwałem się od niego, by wzbudzić większe zaufanie. – Jeśli was prędzej zwolnią, to idźcie do ogrodu według moich wskazówek i zabierzcie tę biżuterię do siebie na przechowanie. Jak wyjdę, zgłoszę się do was.

– A dobrze!

– O, chwała Bogu, znalazłem papierosy i zapałki. Nie będzie się nam w nocy przykrzyło.

Poczęstowałem swego towarzysza i zaczęliśmy układać plany na przyszłość.

– Wiecie co? – mówię do swego towarzysza, na drugi dzień rano. – Przyszła mi do głowy dobra myśl w nocy.

– Cóż takiego?

– Ot wiecie, do naszej służącej przychodził często narzeczony. Myślę, żeby się zgłosić u sędziego i powiedzieć, że w dniu kradzieży widziałem tego narzeczonego u służącej. W ten sposób rzucę na niego podejrzenie, a mnie może uwolnią.

– Wiecie... dobra myśl! Tylko nie dajcie się złapać sędziemu, bo śledczy to chytra sztuka.

– Nie bójcie się! – zacząłem pukać do drzwi na klucznika.

– Zameldujcie mnie zaraz w ważnej sprawie u komisarza!

Po upływie pół godziny zawezwał mnie komisarz.

Opowiedziałem mu szczegółowo, jak się sprawa przedstawia i poleciłem, by we wskazanym miejscu w ogrodzie kazał zaraz zakopać blaszankę i żeby nas komisarz około południa zwolnił z więzienia.

W ogrodzie niechaj czekają ukryci agenci, którzy mają nas w czasie kopania aresztować.

Komisarz porozumiał się telefonicznie z Urzędem i odesłał mnie z powrotem do celi.

– Wiecie, komisarz dał się nabrać i posłał szukać narzeczonego służącej. Zdaje się, że dziś nas jeszcze zwolnią, bo słyszałem, że w naszej sprawie aresztowali kancelistę?

– Kancelistę?! Jak wygląda?! Widzieliście go?

– Zdaje się, że ten sam. Wysoki, siwawy i ma bokobrody...

– Tak, to on. Macie rację. Może nas razem zwolnią...

Czułem, że towarzysz mój nabrał już do mnie pełnego zaufania. Postanowiłem to wykorzystać.

– Czy tylko znajdziecie swoje ruble?

– Bądźcie spokojni! Schowałem je w sienniku naszej służącej! Nie znajdzie nikt ani się nawet domyśli...

Zwyciężyłem.

Wobec tego cała komedia z kopaniem w ogrodzie była zbyteczna, lecz jak uprzedzić o tym komisarza?

W południe wezwano nas obu do komisarza.

– Jesteście wolni, lecz aż do odwołania macie się meldować u mnie codziennie.

– Panie komisarzu, ja proszę o zwrot paszportu – rzekłem znacząco, chcąc sam na sam pozostać chwilę z komisarzem.

– Paszport zostanie u nas aż do wyjaśnienia sprawy.

Ja jednak nie dałem za wygraną i wcisnąłem się za nim do gabinetu.

– Proszę nie zwalniać tamtego, już wiem, gdzie są pieniądze.

– Dobrze, za chwilę przyjdę do was.

Ledwie wróciłem z uśmiechem na twarzy i poprosiłem dyżurnego, by na zlecenie komisarza wydał mi paszport, wszedł znów komisarz.

– No paszport jest?

– Jest, panie komisarzu.

– No to z Bogiem! A pamiętać o meldowaniu się u mnie codziennie.

– Rozkaz, panie komisarzu!

Po czym wraz z towarzyszem zamierzałem wyjść.

– Panie! Panie! A pan niech się jeszcze wstrzyma. Musi pan najpierw podpisać protokół.

Żegnam się z towarzyszem:

– Poczekam na was na dole!

Pojechałem tymczasem prosto do szefa.

– Panie naczelniku, wszystko w porządku!

– Zbadał pan?

– Zaraz będą i pieniądze. Proszę mi dać asystę i nakaz rewizji w mieszkaniu sprawcy.

– Ma pan jedno i drugie – rzekł po chwili zadowolony naczelnik. – Może być pan pewny awansu i nagrody. Na wykryciu tej kradzieży bardzo nam zależało. Winszuję panu! Dał pan dowód sprytu i zdolności.

Byłem w siódmym niebie. Taka pochwała przy debiucie oznaczała bardzo wiele.

Przeprowadzona w mieszkaniu sprawcy rewizja dała nam w rezultacie całą sumę skradzioną, z której brak było zaledwie trzydziestu rubli. Pieniądze były ukryte zręcznie na dnie siennika.

Za wykrycie kradzieży i odzyskanie pieniędzy otrzymałem sto rubli nagrody, osobiste podziękowanie policmajstra i pisemne sędziego pokoju.

Taki był przebieg mego debiutu w Kijowie.

 
Więcej tego typu opowiadań w tomach:
https://www.wydawnictwocm.pl/sprawy-kryminalne-sprzed-1918-r-p-134.html

[1] Ros. Zuch, chwat; forma pochwały, podziw [kor.]

Script logo